Czas pomiędzy zapaleniem znicza i zapaleniem lampek jest już chyba tradycyjnym czasem snucia rozważań o... tradycjach. Piszę dzisiaj trochę z bólem, a trochę z buntem, bo wszystko we mnie krzyczy przeciw wyjałowionym tradycjom i przeciw przymusowi ich pielęgnowania.
Weźmy na tapetę prezenty. Urodzinowe, świąteczne, weselne - bez różnicy. W mojej głowie motywem do dawania prezentów jest zawsze chęć sprawienia konkretnej osobie przyjemności. I daję w prezencie to, co ma duże szanse ją sprawić. Szokujące jest dla mnie, jak często wręczanie prezentów i składanie życzeń "z okazji..." jest dla ludzi czystym przymusem. Bo tak trzeba. Bo wypada. Bo tradycja. A zaglądając trochę głębiej... bo dam prezent i będę się z tym lepiej czuła? Bo nie będą na mnie krzywo patrzeć? Co za szlachetna motywacja! :) Prawie zbierałam szczękę z podłogi, kiedy usłyszałam od wykładowczyni, że jeśli ktoś wybierając się na wesele nie jest w stanie dać parze młodej co najmniej dwa razy tyle forsy, ile wyłożono na jego udział, to powinien sobie takie wesele darować. Zaraz, zaraz! Ustalmy jedną kwestię. Jestem zaproszona na wesele, czy na zrzutkę na dobry start dla młodej pary? A prościej: zapraszacie mnie, czy mój portfel?
Weźmy na tapetę prezenty. Urodzinowe, świąteczne, weselne - bez różnicy. W mojej głowie motywem do dawania prezentów jest zawsze chęć sprawienia konkretnej osobie przyjemności. I daję w prezencie to, co ma duże szanse ją sprawić. Szokujące jest dla mnie, jak często wręczanie prezentów i składanie życzeń "z okazji..." jest dla ludzi czystym przymusem. Bo tak trzeba. Bo wypada. Bo tradycja. A zaglądając trochę głębiej... bo dam prezent i będę się z tym lepiej czuła? Bo nie będą na mnie krzywo patrzeć? Co za szlachetna motywacja! :) Prawie zbierałam szczękę z podłogi, kiedy usłyszałam od wykładowczyni, że jeśli ktoś wybierając się na wesele nie jest w stanie dać parze młodej co najmniej dwa razy tyle forsy, ile wyłożono na jego udział, to powinien sobie takie wesele darować. Zaraz, zaraz! Ustalmy jedną kwestię. Jestem zaproszona na wesele, czy na zrzutkę na dobry start dla młodej pary? A prościej: zapraszacie mnie, czy mój portfel?
Mam wrażenie, że większość obecnie praktykowanych tradycji doszło z powodzeniem do końca procesu ewolucji według podanych stadiów:
WŁASNA INICJATYWA
↓
TRADYCJA
↓
WYJAŁOWIONA TRADYCJA/ OBOWIĄZEK (często przykry)
Na pierwszym etapie robimy coś, bo widzimy w tym sens. Na drugim szerokie grono podchwyciło pomysł i również dostrzega w nim pewne przesłanie. Trzeci etap to ten czas, w którym sens umyka, a zewnętrzne przejawy tradycji zostają. Tu zwykle nie wyobrażamy już sobie, że można tak nie robić, a jeśli ważymy się nie uszanować Świętego Prawa Tradycji, to czekają nas społeczne represje.
A ja mówię NIE i odbieram wynaturzonym tradycjom władzę nad moim życiem. Zapalenie znicza jest dla mnie tą samą czynnością, co odpalenie kuchenki, a składanie życzeń nie różni się niczym od rozmowy o pogodzie, dopóki nie cofnę się do pierwszego etapu i nie nadam tym czynnościom sensu... na nowo.
I na koniec z grubej rury: