czwartek, 1 maja 2014

Dam sobie radę?

Odkąd pamiętam, należę do ludzi, którzy, jednym słowem: ogarniają. Po prostu sobie radzę. Kiedy czegoś nie potrafię zrobić, to się tego uczę. Kiedy robię coś po raz pierwszy, wchodzę w odpowiednią rolę i... jakoś idzie, najczęściej dobrze. Nie denerwuję się, kiedy inni chodzą rozdygotani, bo wiem, że dam radę.

Lubię to wewnętrzne poczucie, że "ja to sobie w życiu poradzę". :) Po dorzuceniu do pewności siebie jeszcze pleców w postaci Boga, który zapodaje mi bonusy na każdym kroku, w ogóle powinnam iść przez życie bezstresowo. I często tak to właśnie wygląda... przynajmniej z zewnątrz. ;)


Kiedy patrzę z dystansu na moje relacje z ludźmi, widzę, że bardzo często pełnię w nich rolę "ostoi spokoju i rozsądku". Kiedy masz w głowie tysiąc myśli, terminy gonią, a świat się wali - jest przecież wiecznie spokojna kuki, która wysłucha, a czasem nawet... powie coś mądrego? :)

Super, że sobie radzę. Jeszcze lepiej, że inni też z tego korzystają. Ale w całym tym spokoju strasznie mocno zadomowiło się we mnie kłamstwo mówiące: 

"Powinnaś sobie ze wszystkim poradzić SAMA."  

To oczywiste, że jak każdy mam swoje problemy. O dziwo nawet takie, z którymi niespecjalnie sobie radzę! ;) Ale więcej ludzi było na księżycu, niż kiedykolwiek o nich usłyszało. 

"Nie mów, nie dziel się. To Ty tu jesteś od ogarniania świata. Zresztą jak ktoś Ci może pomóc, skoro Ty sama sobie 
z tym nie radzisz?" :P

 
To zabrzmi głupio, ale ostatnio uczę się... nie ogarniać. "Nie musieć dawać rady", nie być odpowiedzią na każdy problem. A przede wszystkim mówić o swoich sprawach i pozwalać innym zajrzeć za maskę samowystarczalnej, wiecznie ogarniętej babki. Ostatnio stawiam na swoją wrażliwość.

Taka mała introspekcja.;)