Oto jest dzień, w którym się wściekłam. Na ludzi, którzy udają, że cię nie słyszą. Na ludzi, którzy udają, że im zależy i na ludzi, którzy już nawet nie udają, że im zależy.
Wściekłam się na dobre. Nareszcie. W najlepszym możliwym momencie.
I zamiast trwać w roli ofiary, na którą cały świat się uwziął i dlatego nic nie może jej wyjść, stawiam się w roli jedynej osoby, która może coś zmienić. Ta zmiana w nastawieniu + przestawienie się ze zwymyślania innych i użalania się nad sobą na bohatera, który mimo przeciwności ma całej sytuacji zaradzić, wywołała taki wybuch mocy twórczych, determinacji, kreatywności i odwagi, jakich już dawno u siebie nie widziałam. Wściekłość to świetna sprawa, kiedy dobrze się nią pokieruje!
Zwalając winę za swoje niepowodzenia na innych, oddaję swoje życie w ich ręce. Uzależniam się od nich. A przecież nie chcę, żeby reżyserem mojego życia był ktoś, komu nie zależy na jego jakości. Zrywam więc tę owrzodzoną pępowinę i biorę sprawy w swoje łapy.
Wściekłam się! Zrobię to, czego chcę. Zrobię co do mnie należy i zrobię to w pokazowym stylu. Bez pomocy tych, którzy mają gdzieś "nasze wspólne sprawy" i bez błagania o odrobinę zainteresowania tym, co powinno być dla wszystkich cenne. Świetnie czuję się z tym, że już na wstępie wiem komu przypiszę sukces. Albo porażkę.