Chyba największym sukcesem, jaki osiągnęłam w liceum, było nauczenie się... odpoczywania. Dla niektórych pewnie brzmi to na maxa durnie. No trudno. :P Dla mnie było poważnym osiągnięcem. :) W końcu nie każdy "za pokutę" miał zadawane wyluzować i odpocząć. ;) To zapychanie każdej wolnej chwili kolejnymi zadaniami, o którym pisałam w poprzednich notkach, nie jest czymś, co pojawiło się w moim życiu w ciągu ostatnich kilku miesięcy czy lat. Mam wrażenie, że towarzyszy mi już od dawna.
Tydzień temu postanowiłam tak zaplanować niedzielę, żeby móc w całości spędzić ją z mamą. Mieszkamy razem, co nie znaczy, że spędzamy razem dużo czasu. Tak właściwie widzimy się tylko wieczorami, kiedy każda z nas ma jeszcze sporo do zrobienia. Ta niedziela miała być inna. Praca na bok, nauka na bok, komputer na bok. Nabożeństwo, kino, obiad. To był dla mnie super czas. :)
Moje myśli błyskawicznie powędrowały w kierunku "...a gdyby tak zawsze?". :) Jeden dzień w tygodniu, kiedy liczy się tylko odpoczynek i dbanie o relacje z bliskimi. Dzisiaj mija moja druga z kolei niedziela w stylu slow. Zapowiadała się bardziej roboczo niż poprzednia, ale ostatecznie ułożyło się tak, że wszystko może poczekać do jutra. :)
Skoro Bóg przez sześć dni tyrał, a siódmego chillował, to nie mam wątpliwości co do słuszności moich niedzielnych wyborów. :D