wtorek, 17 stycznia 2023

Moc sprzeciwu

Sprzeciw sprawia, że rozwiązania są (mogą być) lepsze. Prove me wrong. 

Jak to jest być przegłosowanym? Przegłosowany to często nieuwzględniony. Więcej osób uważa inaczej, więc to, co ty (mniejszość) myślisz nie jest ważne i nie ma znaczenia. Nie zgadzasz się, ale “tak zdecydowaliśmy w uczciwym głosowaniu”, więc się podporządkuj. 

Jak to jest głosować na jedną opcję tylko po to, by nie zwyciężyła druga, kiedy tak naprawdę jesteś za trzecią, ale wiesz, że nie zbierze większości głosów, więc nie warto “marnować” swojego?


W praktyce okazuje się, że opcja, która zebrała najwięcej głosów “za”, może jednocześnie wzbudzać największy opór w grupie, a przez to stać się rozwiązaniem najmniej trwałym przez brak chęci współpracy w jego realizacji i brak poczucia, że “to też moja decyzja”. 


Często podejmując grupowe decyzje wybieramy pozorną łatwość, rezygnując jednocześnie z jakości. Ma to miejsce z obu stron. Tej, które szybko i łatwo chce przegłosować swoje rozwiązanie i pójść dalej, jak i tej, która nie ma ochoty wychylać się, być problemem i musieć bronić swojego odmiennego zdania. Jednak kiedy zgadzamy się na to, czego tak naprawdę nie chcemy - wszyscy za to płacą. Jesteś częścią grupy. Decyzja została podjęta, ale nie masz ochoty współuczestniczyć w jej wdrażaniu w życie. I to widać. I to czuć. 


Podejmowanie decyzji w grupie wygląda czasem jak próba sił, a nie szukanie dobra wszystkich. Kto jest najsilniejszy ten ma rację. Tymczasem w usłyszanym sprzeciwie można znaleźć potencjalne zagrożenia, ryzyko związane z realizacją pomysłu. Można skorzystać z szansy, żeby go udoskonalić. 


Ciekawe podejście do podejmowania decyzji to głosowanie nie “za”, ale “przeciw”, uwzględniając poziom oporu. To systemowy sposób, pozwalający wybrać rozwiązanie, które napotyka na najmniejszy opór w grupie, czyli największą możliwą akceptację. To przekłada się na trwałość decyzji i jakość współpracy w jej realizacji. 


Bardzo ważne wydaje mi się tworzenie środowisk, które doceniają sprzeciw, widzą w nim wartość i przyjmują go z otwartością, a wręcz go zapraszają. Tworzenie atmosfery, w której sprzeciw jest mile widziany. Bo nie jest łatwo wyjść ze swoim sprzeciwem, kiedy spodziewamy się, że zostaniemy wyśmiani, niewysłuchani, nieuwzględnieni albo dostaniemy łatkę stwarzających problemy.


I choć początkowo podejmowanie decyzji w ten sposób może wydawać się czasochłonne, to w ostatecznym rozrachunku plusy tego rozwiązania takie jak trwałość decyzji, chęć współpracy, poczucie bycia uwzględnionym, poczucie współtworzenia i współodpowiedzialności przewyższają początkowy wkład. A z czasem cały proces przechodzi coraz sprawniej.


Tu krótka animacja, która przedstawia to podejście:


Systemic Consensing


W Polsce warsztaty z podejmowania decyzji w sposób uwzględniający różnorodność i poziom sprzeciwu (Systemic Consensing) prowadzi Magda Sendor. Byłam i polecam, bo warto doświadczyć w grupie jak to działa.


niedziela, 18 grudnia 2016

Język ocen vs. język potrzeb

Jestem mądra. Jestem głupia. Jestem genialna. Jestem tępa. Jestem ogarnięta. Jestem leniwa. Jestem pracowita. Jestem brzydka. Jestem piękna. Jestem silna. Jestem słaba. Jestem nieśmiała. Rządzę się. Jestem za głośna. Jestem mistrzem. Jestem ciotą. Jestem zdolna. Jestem pojebana. Jestem kreatywna. Jestem gruba. Jestem szczupła. Jestem godna zaufania. Jestem skarżypytą. Jestem opanowana. Jestem zbyt wrażliwa.

Tak w skrócie mogę się opisać, kiedy przytoczę, co mówią o mnie ludzie. Wyłania się z tego całkiem barwny, choć niezbyt spójny obraz mojej osoby. ;)

Może mam w sobie szczątki duszy kolekcjonera, ale nie pasjonuje mnie zbieranie ocen na mój temat. Ostatnio znajduję za to spełnienie w odkrywaniu co za tymi ocenami się kryje. W myśl teorii M.Rosenberga, że za każdą wypowiedzią do nas skierowaną stoi "proszę" lub "dziękuję", wsłuchuję się w ten deszcz ocen i szukam w nim ukrytych potrzeb.

Jakoś łatwiej pozostać w kontakcie, kiedy "Jesteś taka dziecinna!" po przejściu przez moje filtry dociera do mnie w postaci "Jestem zdenerwowany, bo zależy mi na sprawnej współpracy. Możesz teraz przestać żartować?". Męczące jednak okazało się dla mnie bycie jedną z niewielu osób w moim otoczeniu, które taką wagę przykładają właśnie do potrzeb i zamiast mówić innym co z nimi jest nie tak, starają się dzielić swoimi potrzebami i słuchać w tym samym duchu.

Szczerze mówiąc marzę o tym, żeby zamiast odgadywać cudze potrzeby, czasem po prostu móc je usłyszeć. Dlatego się tym dzielę.

Mam w zanadrzu krótki eksperyment, który ma na celu pokazać jak mówienie o potrzebach zamiast wystawiania ocen wpływa na jakość kontaktu. Modyfikować można go dowolnie podmieniając sytuacje, oceny i potrzeby. Przytoczę przykład, który przerobiłam spontanicznie z moim Cielakiem. <3

Wyobraź sobie, że właśnie naprawiłeś nasz samochód, a ja, widząc to, mówię:
a) Naprawiłeś samochód! Jesteś taki mądry!
b) Kiedy naprawiłeś samochód, to poczułam się taka bezpieczna, bo pomyślałam, że poradzimy sobie w każdej sytuacji.

Jestem ciekawa jaki przebieg będą miały wasze próby. U mnie przy wersji a) Cielak zaśmiał się i powiedział "No wiem". Przy b) przytulił mnie tak mocno, że przez chwilę obawiałam się o swoje żebra. Spytany, co wolałby usłyszeć, bez wahania wybrał drugi wariant, mimo że to pierwszy mówił o jego atutach, a drugi - o mojej zaspokojonej potrzebie bezpieczeństwa.

Ocena - jaki myślę, że jesteś
Zaspokojona potrzeba - w jaki sposób wzbogacasz moje życie, jak czynisz je piękniejszym

Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie lubią wzbogacać życie innych i lubią dostawać informację zwrotna, czy rzeczywiście to zrobili.

I ja też wolę słuchać o potrzebach. Tych spełnionych i tych niezaspokojonych.
- Wolę usłyszeć, że ktoś jest wściekły, bo potrzebuje równości i bycia wziętym pod uwagę niż to, że pracuje z bandą samolubnych dupków, którzy nie widzą nic poza końcem własnego nosa. To pierwsze sprawia, że moje myśli idą w kierunku "można coś z tym zrobić". To drugie raczej zamyka na kontakt. 
- Wolę usłyszeć, że ktoś jest radosny, bo w rozmowie doświadczył zaufania i szczerości niż to, że rozmawiał ze wspaniałymi ludźmi. Ci sami wspaniali ludzie przez kogoś innego lub w innej sytuacji nazwani zostaną szkodliwymi idiotami.

Oceny, oceny, oceny. Używając ich myślimy, że mówimy o kimś. Ja uważam, że mówimy o sobie i o tym czego potrzebujemy. Czy oceny nieodczytane w języku potrzeb wnoszą coś budującego do naszych relacji?

Krok po kroku pozbywam się ocen ze swoich wypowiedzi. Kiedy pojawiają się w myślach - słucham o jakich potrzebach chcą mi powiedzieć, a kiedy już je rozpoznam - mogę się nimi zaopiekować i o siebie zadbać, zamiast przerzucać odpowiedzialność za swoje uczucia na innych ludzi.

I na koniec prośby, w trosce o tworzenie wokół siebie takich relacji, w jakich chcę uczestniczyć:

Kiedy następnym razem w twojej głowie pojawi się krytyka na mój temat - proszę, sprawdź co czujesz i czego w tej chwili potrzebujesz. Pomyśl jak mogę Ci pomóc w zaspokojeniu tej potrzeby i podziel się ze mną swoimi potrzebami i prośbami. Odczytuję to jako zaproszenie do współpracy przy rozwiązaniu tej sytuacji. 

Kiedy następnym razem będziesz chciał udzielić mi pochwały i okazać uznanie - proszę, powiedz mi o swoich uczuciach i o tym w jaki sposób przyczyniłam się do zaspokojenia Twoich potrzeb. To może sprawić, że poczuję radość ze wzbogacenia Twojego życia. :)

niedziela, 7 sierpnia 2016

W świecie pełnym dupków

Ilu dupków, tępych dzid, co za hujów, debili, kretynów i ludzi podobnego sortu spotykasz, oglądasz w TV i słuchasz na co dzień? Zbyt wielu? Wolałbyś w ogóle nie mieć z nimi do czynienia?

Dobre wieści są takie, że sam decydujesz ile takich osób spotkasz każdego dnia i nie mam na myśli zamknięcia się w bunkrze ani przeprowadzenia eksterminacji.

Świat nie składa się z ludzi wspaniałych, zjebanych i neutralnych. Świat składa się z ludzi. Ty decydujesz o tym jako kogo będziesz ich odbierał.

Czy to, że nazwiesz mnie kretynką sprawia, że się nią staję? Nie. Co więcej, póki nie utożsamiam się z tym, co mówisz - nie będzie to nawet miało na mnie wpływu. Co innego, kiedy wezmę to do siebie, ale to już inny, mój problem.

To jak mnie nazwiesz zmienia to kim jestem tylko w Twojej głowie; w Twojej narracji rzeczywistości.

Tak więc sam decydujesz w jakim świecie żyjesz. To, co widzisz w ludziach, jak ich postrzegasz, staje się nie ich, ale Twoją rzeczywistością.

Jeśli nie chcesz żyć w świecie pełnym ludzkiego ścierwa, czas przełączyć trybiki w SWOJEJ głowie. Spojrzeć głębiej. Zobaczyć piękno każdego człowieka. Zamiast ocen - empatia i zrozumienie.


Kiedy ktoś zachowuje się jak dupek, zawsze robi to z jakiegoś powodu. Wybrał ten sposób zadbania o swoje potrzeby. Zrozumienie i wyrażenie tego buduje drogę do porozumienia. A porozumienie - do możliwości zmiany strategii zaspokajania potrzeb. To z kolei do zaniku przyczyny, dla której chętnie wrzuciłbyś tego człowieka do worka z dupkami.

Zmienić swoje podejście warto w trosce nie o innych, ale o siebie; w miłości do siebie.

Za każdym razem, kiedy widzę jakiegoś "dupka", płacę życiem, bo przebywam w świecie pełnym "dupków". Kiedy jednak zdecyduję się widzieć w każdym człowieku piękno, wtedy postępuję ze sobą z miłością.  /Marshall Rosenberg

Chyba że wolisz żyć wśród kretynów. Dla siebie wybieram świat, w którym żadna etykietka nie odcina mi dostępu do tego, co w drugim człowieku żywe.

sobota, 7 czerwca 2014

Jak NIE reagować na komplementy ;P

"Mówmy sobie dobre rzeczy!" to jeden z najpopularniejszych postów na tym blogu. Cieszy mnie to strasznie, bo uważam go też za jeden z najbardziej wartościowych. :) Okazuje się niestety, że w praktyce sprawa nie jest wcale prosta. I nie chodzi o to "jak to powiedzieć", ale o to, jak ludzie reagują na dobre opinie o sobie. Zwłaszcza w Polsce. Zwłaszcza kobiety. ;)



A więc spędzasz godzinę na wybieraniu ciuchów i drugie tyle przed lustrem, a kiedy ktoś powie Ci, że ładnie wyglądasz - zaprzeczasz? 

Posłuchaj trochę co odpowiada się na komplementy, a dojdziesz do wniosku, że wszystkie ludzkie sukcesy to zwykły fart, a nie efekt ciężkiej pracy, wszystkie obiady są przypalone albo niedoprawione, a wszystkie ciuchy - z przeceny i stare... no, co najwyżej wyprane w Perwollu. :P Niesamowite ile energii ludzie wkładają w umniejszanie swoim zasługom i zawzięte tłumaczenia, że to, co widzisz, NA PEWNO nie jest aż tak dobre, jak się wydaje. 

Kiedy mówię komuś coś dobrego, to dlatego, że widzę jego starania i je doceniam. Może to ze mną coś jest nie tak, ale wydaje mi się to całkiem... miłe. ;) Każdy może reagować na komplementy jak chce, jasne. Ciekawe tylko, że kiedy się je przyjmuje - obie strony odchodzą z uśmiechem, a kiedy się im zaprzecza, umniejsza sobie albo szuka w całej sytuacji podstępu - nikt nie jest zadowolony. :P Przyjęty komplement jest budujący, odrzucony - jakimś cudem traci swoje moce. ;)

I nie piszę tu o sytuacjach, kiedy jesteś obrzucany frazesami albo naprawdę nie zgadzasz się z tym, co słyszysz. Piszę o tym niezrozumiałym dziwactwie, kiedy wiemy, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty, ale robimy wszystko, żeby nikt nie dowiedział się o tym, że my wiemy! :D

 Mówmy innym dobre rzeczy i nie zaprzeczajmy, kiedy inni mówią je nam. ;)

niedziela, 1 czerwca 2014

Co mówię vs. co robię

ROZWÓJ  ROZWÓJ  ROZWÓJ  ROZWÓJ
 ...i jeszcze trochę rozwoju! :P

Szczerze mówiąc mam na maxa przesyt tych wielce inspirujących cytatów, obrazków i filmików, które zalewają od jakiegoś czasu internet. Leo, why? No po prostu: często nie idzie za nimi żadne działanie. Ani ze strony wrzucającego, który za punkt honoru postawił sobie udostępnienie chociaż kilku "motywacyjnych" cytatów sławnych postaci tygodniowo, ani odbiorcy, który przeczyta, w myślach zgodzi się z przesłaniem, ale tylko po to, żeby już po chwili o nim zapomnieć i wrócić do swojej strefy komfortu. :)


To, co naprawdę skutecznie motywuje mnie do zmian, to ludzie, którzy robią swoje. Nie ględzą o tym, tylko to robią i przez efekty, które po prostu widać - przyciągają moją uwagę. 

Jesteśmy tacy świetni w teorii: wiemy jak wyjść z każdej sytuacji, jak zmieniać nawyki, jak szczerze rozmawiać, jak mówić o swoich uczuciach, jak utrzymać hart ciała i ducha! ;) Tylko jakoś kiepsko idzie nam z przekładaniem swoich mądrości na codzienne życie. A póki wiemy co i jak powinniśmy robić, ale tego nie robimy, to... no, nic nam po tej wiedzy. :)

Ok, króciótko. Kto jest bardziej inspirujący? 
a) koleś, który zza swojego biureczka karmi Cię artykułami o zdrowym stylu życia,
czy
b) ten, który w tym czasie robi trening?
Drugi zestaw, mniej przyziemny:
a) ten, który wrzucił na swoją tablicę całą Biblię porżniętą na setki wersetów (i zna ją na wyrywki!),
czy
b) ten, który nie ma czasu ich polajkować, bo robi to, do czego namawiają? :P

Całkiem proste i sensowne, kiedy chcesz się czegoś nauczyć, wydaje mi się proszenie o radę człowieka, który już to osiągnął, a nie tego, który mówi, że "nie ma rzeczy niemożliwych" i "wystarczy tylko chcieć". ;)

Uwielbiam poznawać ludzi, ich pasje i czerpać z tych znajomości jak najwięcej, ale... nie jestem zbyt dobra w nawiązywaniu nowych kontaktów. :P Dlatego coraz częściej z premedytacją pakuję się w sytuacje, w których po prostu NIE MAM WYJŚCIA i muszę to robić. :P Uczę się pytać i korzystać z cudzych doświadczeń. 

Obrazki już tylko scrolluję. Inspirują mnie ludzie. :)

czwartek, 1 maja 2014

Dam sobie radę?

Odkąd pamiętam, należę do ludzi, którzy, jednym słowem: ogarniają. Po prostu sobie radzę. Kiedy czegoś nie potrafię zrobić, to się tego uczę. Kiedy robię coś po raz pierwszy, wchodzę w odpowiednią rolę i... jakoś idzie, najczęściej dobrze. Nie denerwuję się, kiedy inni chodzą rozdygotani, bo wiem, że dam radę.

Lubię to wewnętrzne poczucie, że "ja to sobie w życiu poradzę". :) Po dorzuceniu do pewności siebie jeszcze pleców w postaci Boga, który zapodaje mi bonusy na każdym kroku, w ogóle powinnam iść przez życie bezstresowo. I często tak to właśnie wygląda... przynajmniej z zewnątrz. ;)


Kiedy patrzę z dystansu na moje relacje z ludźmi, widzę, że bardzo często pełnię w nich rolę "ostoi spokoju i rozsądku". Kiedy masz w głowie tysiąc myśli, terminy gonią, a świat się wali - jest przecież wiecznie spokojna kuki, która wysłucha, a czasem nawet... powie coś mądrego? :)

Super, że sobie radzę. Jeszcze lepiej, że inni też z tego korzystają. Ale w całym tym spokoju strasznie mocno zadomowiło się we mnie kłamstwo mówiące: 

"Powinnaś sobie ze wszystkim poradzić SAMA."  

To oczywiste, że jak każdy mam swoje problemy. O dziwo nawet takie, z którymi niespecjalnie sobie radzę! ;) Ale więcej ludzi było na księżycu, niż kiedykolwiek o nich usłyszało. 

"Nie mów, nie dziel się. To Ty tu jesteś od ogarniania świata. Zresztą jak ktoś Ci może pomóc, skoro Ty sama sobie 
z tym nie radzisz?" :P

 
To zabrzmi głupio, ale ostatnio uczę się... nie ogarniać. "Nie musieć dawać rady", nie być odpowiedzią na każdy problem. A przede wszystkim mówić o swoich sprawach i pozwalać innym zajrzeć za maskę samowystarczalnej, wiecznie ogarniętej babki. Ostatnio stawiam na swoją wrażliwość.

Taka mała introspekcja.;)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Wiem lepiej co myślisz!

Dzień dobry! :) W dzisiejszym odcinku pokażę jak w szybki i prosty sposób przekreślamy relacje, które łączą nas ze znajomymi, mieszamy ich z błotem, a w swoich głowach budujemy ich obraz, jako tych najgorszych, nie biorąc pod uwagę wszystkich dobrych doświadczeń, które  nas z nimi łączą.

Nie no, dobra. Aż tak strasznie nie będzie. :) Napiszę trochę o zakładaniu złych intencji i kwasów, które z tego wynikają.
Od jakiegoś czasu wyłapuję sytuacje i myśli, których źródłem jest dziwne przekonanie, że wiemy o intencjach/motywach drugiej osoby więcej niż... ona sama. :P W niekoniecznie trafny sposób łączymy w swoich makówkach luźne fakty i staje się dla nas oczywiste czemu:

a) Nie przyszła na imprezę - bo boli ją głowa? Taaaaa, jasne. Przecież wiadomo, że nie przyszła, bo wiedziała, że będzie tych dwóch typów, a nie chce się z nimi spotykać. 

b) Zadał pytanie pod Twoim postem - bo chce, żebyś coś wyjaśnił? Co za bzduuuraaa! Podpuszcza Cię i prowokuje. Tylko czeka aż pogubisz się w zeznaniach, więc bądź ostrożny. 

c) Podejmują dyskusję z wykładowcą - bo zaciekawił ich temat? No w to już nikt nie uwierzy. :P Chcą się podlizać i tyle. 

Brawo Sherlocku! Wiesz wszystko najlepiej. :) Ale czy było Ci kiedyś głupio, kiedy okazało się, że te zakładane motywy okazały się nieprawdziwe, a znajomi są bez zarzutu? Mi było nieraz. :) Wcale nie jest trudno zrobić w swojej głowie ze znajomych ekipę kłamców i krętaczy! :P 

Więc dlaczego ciąąąągleee to robimy?


Emocje bez wątpienia odgrywają tu sporą rolę. Nie wiem jak to działa w męskich umysłach, ale panie mają wybitną zdolność do nakręcania chorych sytuacji z byle powodu. Całe szczęście, że między bodźcem, a reakcją jest jeszcze odrobina miejsca na MYŚLENIE. Warto poćwiczyć zatrzymywanie się w tym miejscu na dłuższą chwilę, zanim spakujesz walizki swojemu facetowi, bo spóźnił się do domu 5 minut. :P

To wszystko, co napisałam, nie znaczy, że ludzie mają zawsze dobre intencje. Znaczy tylko tyle, że nie mogę zrozumieć i pogodzić się z tym dlaczego z taką łatwością ich oceniamy, oskarżamy i tworzymy jakieś chore historie, a tak ciężko jest nam po prostu... spytać o co tak właściwie chodzi i pogadać o swoich odczuciach. 

***

Mały eksperyment. Jeśli na co dzień używasz emotikon pisząc ze znajomymi, spróbuj na jakiś czas przestać ich używać i... zobacz, co będzie się działo. :P Miłego odkręcania toksycznych sytuacji, które powstaną tylko dlatego, że ktoś założył z góry, że kropka zamiast uśmiechu, to pewny znak, że jesteś obrażony. ;)