sobota, 4 sierpnia 2012

Chomik


Niektóre mieszkania wyglądają tak, jakby jedynym zajęciem ich właścicieli było... kolekcjonowanie rzeczy. Jedna przy drugiej stoją nieczytane książki, półeczki są zapchane bibelotami, szafy - nienoszonymi ciuchami, a w garażu roi się od niezwykle (nie)potrzebnych, nadgryzionych zębem czasu gwoździ, śrubek i innych pierdółek. W kanciapkach od podłogi do sufitu piętrzą się czasopisma z lat dziewięćdziesiątych, niechciane prezenty i maskotki mające dłuższą historię życia niż moja.

Chwilunia! Czy to przypadkiem nie jest studium mojego domu? Odziedziczyłam po mamie przykry nawyk chomikowania wszelkich przydasiów. We dwójkę, z drobną pomocą pozostałych domowników, udało nam się upchać w tej chałupie takie pokłady niepotrzebnych rzeczy, że... aż zacieram ręce do pozbywania się ich! :P

Jakiś czas temu, wkurzona koniecznością wycierania kurzu ze swojej kolekcji figurek koni, doznałam olśnienia: nie potrzebuję ich! Dziecięca podjarka, która towarzyszyła zdobyciu nowego okazu, już dawno minęła, a kolekcja licząca trochę ponad sto osobników – została. Pakować w pudła? Kiepski pomysł. Znalazłam na końskim forum internetowym zapaloną kolekcjonerkę i oddałam w jej ręce całą swoją stadninę. Świetny widok: dorosła babka skacząca z radości na widok pudełka z figurkami. Polecam. :)

Skoro można było się pozbyć koni, to może jest coś jeszcze, co zawadza w moich czterech kątach? Na pierwszy rzut poszły ciuchy (przy nich miałam okazję przeprowadzić samozwańczą zbiórkę odzieży, o której napiszę innym razem), później książki (sposobów pozbycia się ich przy jednoczesnym przywróceniu im życia jest mnóstwo), a ostatnio teczki z dyplomami i wszelakimi pamiątkami od podstawówki po studia.

Obecnie dwie z trzech szaf w moim pokoju są mi całkowicie zbędne i stoją praktycznie puste. Coraz bardziej zaczyna mi przeszkadzać ich obecność. Odkąd wkręciłam się w kuglarstwo bardziej cenię wolną przestrzeń i bardziej jej potrzebuję. Poza tym nie lubię, kiedy rzeczy nie pracują. 

W opustoszałym pokoju czuję się o niebo lepiej. Dużo łatwiej mi się skupić. Swoje odgracające działania przenoszę na inne obszary domostwa. Niestety na terytoriach wspólnych niemal o każdą rzecz trzeba toczyć walkę z tymi, którym „może się jeszcze przydać”. Nie zmienia to faktu, że pozbywanie się przedmiotów po prostu... sprawia mi przyjemność. :)

Jestem całkowicie przeciwna wyrzucaniu sprawnych rzeczy na śmietnik. Jestem też całkowicie przekonana, że znacząca większość przedmiotów w znaczącej większości mieszkań jest nieużywana, a w związku z tym - niepotrzebna i jedyne, co tam robi, to pochłania naszą uwagę, czas i pieniądze. Pytanie brzmi: jak pozbyć się ich z głową?