sobota, 17 listopada 2012

Wynaturzone tradycje

Czas pomiędzy zapaleniem znicza i zapaleniem lampek jest już chyba tradycyjnym czasem snucia rozważań o... tradycjach. Piszę dzisiaj trochę z bólem, a trochę z buntem, bo wszystko we mnie krzyczy przeciw wyjałowionym tradycjom i przeciw przymusowi ich pielęgnowania.

Weźmy na tapetę prezenty. Urodzinowe, świąteczne, weselne - bez różnicy. W mojej głowie motywem do dawania prezentów jest zawsze chęć sprawienia konkretnej osobie przyjemności. I daję w prezencie to, co ma duże szanse ją sprawić. Szokujące jest dla mnie, jak często wręczanie prezentów i składanie życzeń "z okazji..." jest dla ludzi czystym przymusem. Bo tak trzeba. Bo wypada. Bo tradycja. A zaglądając trochę głębiej... bo dam prezent i będę się z tym lepiej czuła? Bo nie będą na mnie krzywo patrzeć? Co za szlachetna motywacja! :) Prawie zbierałam szczękę z podłogi, kiedy usłyszałam od wykładowczyni, że jeśli ktoś wybierając się na wesele nie jest w stanie dać parze młodej co najmniej dwa razy tyle forsy, ile wyłożono na jego udział, to powinien sobie takie wesele darować. Zaraz, zaraz! Ustalmy jedną kwestię. Jestem zaproszona na wesele, czy na zrzutkę na dobry start dla młodej pary? A prościej: zapraszacie mnie, czy mój portfel?

Mam wrażenie, że większość obecnie praktykowanych tradycji doszło z powodzeniem do końca procesu ewolucji według podanych stadiów:

WŁASNA INICJATYWA
TRADYCJA 
WYJAŁOWIONA TRADYCJA/ OBOWIĄZEK (często przykry)

Na pierwszym etapie robimy coś, bo widzimy w tym sens. Na drugim szerokie grono podchwyciło pomysł i również dostrzega w nim pewne przesłanie. Trzeci etap to ten czas, w którym sens umyka, a zewnętrzne przejawy tradycji zostają. Tu zwykle nie wyobrażamy już sobie, że można tak nie robić, a jeśli ważymy się nie uszanować Świętego Prawa Tradycji, to czekają nas społeczne represje.

A ja mówię NIE i odbieram wynaturzonym tradycjom władzę nad moim życiem. Zapalenie znicza jest dla mnie tą samą czynnością, co odpalenie kuchenki, a składanie życzeń nie różni się niczym od rozmowy o pogodzie, dopóki nie cofnę się do pierwszego etapu i nie nadam tym czynnościom sensu... na nowo.

I na koniec z grubej rury:



czwartek, 13 września 2012

Tatry - 6 dni - 30l

Kocham góry i nie znoszę dźwigać.
W tym roku mój górski ekwipunek zmieściłam w 30l (dla porównania: 2 lata temu na 5 dni w Karkonosze było to 75l :P). Czułam się całkiem dumna ze stanu swojego tobołka aż do zbierania się do powrotu. Nadszedł czas podsumowań. :)

Zdjęcie autorstwa właścicielki http://topem-o-chmury.blogspot.com/

Jak się okazało, nawet w moim, jak mi się zdawało, dość sensownie i minimalistycznie dobranym ekwipunku, znalazło się miejsce na nie użyte ani razu: krótkie spodenki, 4 koszulki, kilka par skarpet, zbędne graty w kosmetyczce.

Czy czegoś mi zabrakło? Tak, stoperów do uszu. :) Jadąc w przeładowanym przedziale pierwszy raz w życiu ich zapragnęłam.

Na tegorocznej wyprawie w Tatry (kocham, kocham, KOCHAM!) gotowaliśmy w trójkach żywieniowych. W związku z tym w moim plecaku nie znalazł się ani garnek/menażka, ani palnik. Jednak po wywaleniu z niego niepotrzebnych rzeczy i odjęciu objętości munduru harcerskiego wiem, że byłabym w stanie spakować się w 30l i zabrać wszystko, co potrzebne, by zostać samowystarczalnym górołazem.

W myślach już pakuję plecak na kolejny wypad w góry. Tym razem znajdą się w nim... albo na mnie:

kurtka przeciwdeszczowa
cienki polar
2 termoaktywne bluzki z długim rękawem

2 pary skarpet górskich
3 pary gatek ;)
1 para milusich skarpet "po schronisku"

szybkoschnące spodnie z odpinanymi nogawkami
luźne spodnie do spania "od biedy w góry" + koszulka do spania
stuptuty
chustka - tunel

zaimpregnowane treki  
rękawiczki
sandały

okulary przeciwsłoneczne
odtwarzacz mp3 + słuchawki
kilka kartek + długopis

coś do czytania
stopery do uszu
 
kijki trekkingowe (używałam ich w tym roku po raz pierwszy i wiem, że będą ze mną jeździły już zawsze)
śpiwór/ poszewka na koc
apteczka
latarka czołówka
kartusz + palnik + garnuszek metalowy + łyżka + może kubek?

zapasowe sznurówki/ paracord
mały ręcznik
potrzebne dokumenty, pieniądze

telefon komórkowy

kosmetyczka: pasta do zębów, szczoteczka, szczotka + gumki do włosów, krem z filtrem, szampon, tusz do rzęs :P, antyperspirant, lusterko, gąbka, mokre chusteczki, papier toaletowy, higieniczne pierdołki

jedzenie: musli, kaszka, cukier, herbata, makaron krajanka, sosy w torebkach, woda 1l, woda 0,3l, gumy do żucia, ciastka owsiano-kokosowe (przekozackie!)

Koniec i bomba! Z takim wyposażeniem może pokusiłabym się nawet o wędrowanie z plecakiem, co do tej pory nie mieściło mi się w głowie. :)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Marzenia czy mrzonki?

Kiedy rozmawiam z ludźmi staram się dotrzeć do ich pasji i pragnień. To jest obszar, który na maxa mnie fascynuje i inspiruje. Jakiś czas temu dość nachalnie prowokowałam rozmowy o marzeniach. Uwielbiam słuchać i patrzeć, jak ludzie o nich opowiadają. Nagle zapalają im się oczka, wstępuje w nich jakaś niesamowita radość życia, wszystkie troski i problemy odchodzą w siną dal, a oni przenoszą się do świata, w którym wreszcie robią to, co naprawdę kochają. A według mnie to, co naprawdę powinni robić. :)

Jasne, że nie piszę tu o marzeniach o leżeniu na plaży i sączeniu drinów z parasolką, ale o głebokich pragnieniach, które są mocno zakorzenione w naszych sercach i potrafią boleśnie dawać o sobie znać, kiedy rozmijamy się z nimi w naszym życiu. 

Schemat takich rozmów zwykle wygląda tak samo:

1) Chciałbym to robić! To mnie naprawdę jara! Byłoby taaaaak super! Weeee! :D
W tym momencie rozmówca niemal tańczy z radości! :D

2) ...no taaak, ale przecież i tak nigdy tego nie zrobię. Nie mam na to najmniejszych szans. Przecież mnie na to nie stać. No i nawet nie mam znajomości. Teraz muszę skończyć studia i dostać jakąś pracę, żeby się utrzymać. Zresztą jestem na to za słaby/ za głupi/ za mało odważny. Nie nadaję się do tego...

Nieustannie mnie zadziwia jakimi ekspertami jesteśmy w utrudnianiu sobie życia i demotywowaniu się do podjęcia jakiegokolwiek działania, które zbliżyłoby nas do tego, czego naprawdę chcemy. :)

Przy punkcie drugim cała energia z punktu pierwszego ucieka z człowieka jak powietrze z przebitego balonika i robi się on bardziej posępny niż przed rozpoczęciem rozmowy. Stawiam sobie w takich sytuacjach zadanie kierowania ludźmi tak, żeby wrócili do punktu 1. i zamiast zastanawiać się, czy to w ogóle jest możliwe, spytali się JAK mogą to osiągnąć, CO ZROBIĆ, żeby się do tego zbliżyć i JAKI JEST PIERWSZY KROK na tej drodze.


Robię to, bo kocham ludzi. :) Naprawdę chcę ich szczęścia. Chcę też, żeby otaczali mnie ludzie pełni pasji, odważni, zmieniający świat. Chcę, żeby w życiu było wiecej życia!

"Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć w sposób, który mnie pobudza!" Chrisoper Fry

Całym sercem wierzę w to, że marzenia są po to, by je realizować i że to Bóg wkłada w nas te najgłębsze, najpiękniejsze pragnienia. Ci, którzy spełniają swoje marzenia i którym tak często zazdrościmy nie są nadludźmi. Są ludźmi, którzy podejmują konkretny wysiłek i nie rezygnują po pierwszej porażce.

Na zakończenie film, na którym powinnam być, ale mnie nie ma, bo zabrakło mi jaj, żeby tam pojechać. ;)

sobota, 4 sierpnia 2012

Chomik


Niektóre mieszkania wyglądają tak, jakby jedynym zajęciem ich właścicieli było... kolekcjonowanie rzeczy. Jedna przy drugiej stoją nieczytane książki, półeczki są zapchane bibelotami, szafy - nienoszonymi ciuchami, a w garażu roi się od niezwykle (nie)potrzebnych, nadgryzionych zębem czasu gwoździ, śrubek i innych pierdółek. W kanciapkach od podłogi do sufitu piętrzą się czasopisma z lat dziewięćdziesiątych, niechciane prezenty i maskotki mające dłuższą historię życia niż moja.

Chwilunia! Czy to przypadkiem nie jest studium mojego domu? Odziedziczyłam po mamie przykry nawyk chomikowania wszelkich przydasiów. We dwójkę, z drobną pomocą pozostałych domowników, udało nam się upchać w tej chałupie takie pokłady niepotrzebnych rzeczy, że... aż zacieram ręce do pozbywania się ich! :P

Jakiś czas temu, wkurzona koniecznością wycierania kurzu ze swojej kolekcji figurek koni, doznałam olśnienia: nie potrzebuję ich! Dziecięca podjarka, która towarzyszyła zdobyciu nowego okazu, już dawno minęła, a kolekcja licząca trochę ponad sto osobników – została. Pakować w pudła? Kiepski pomysł. Znalazłam na końskim forum internetowym zapaloną kolekcjonerkę i oddałam w jej ręce całą swoją stadninę. Świetny widok: dorosła babka skacząca z radości na widok pudełka z figurkami. Polecam. :)

Skoro można było się pozbyć koni, to może jest coś jeszcze, co zawadza w moich czterech kątach? Na pierwszy rzut poszły ciuchy (przy nich miałam okazję przeprowadzić samozwańczą zbiórkę odzieży, o której napiszę innym razem), później książki (sposobów pozbycia się ich przy jednoczesnym przywróceniu im życia jest mnóstwo), a ostatnio teczki z dyplomami i wszelakimi pamiątkami od podstawówki po studia.

Obecnie dwie z trzech szaf w moim pokoju są mi całkowicie zbędne i stoją praktycznie puste. Coraz bardziej zaczyna mi przeszkadzać ich obecność. Odkąd wkręciłam się w kuglarstwo bardziej cenię wolną przestrzeń i bardziej jej potrzebuję. Poza tym nie lubię, kiedy rzeczy nie pracują. 

W opustoszałym pokoju czuję się o niebo lepiej. Dużo łatwiej mi się skupić. Swoje odgracające działania przenoszę na inne obszary domostwa. Niestety na terytoriach wspólnych niemal o każdą rzecz trzeba toczyć walkę z tymi, którym „może się jeszcze przydać”. Nie zmienia to faktu, że pozbywanie się przedmiotów po prostu... sprawia mi przyjemność. :)

Jestem całkowicie przeciwna wyrzucaniu sprawnych rzeczy na śmietnik. Jestem też całkowicie przekonana, że znacząca większość przedmiotów w znaczącej większości mieszkań jest nieużywana, a w związku z tym - niepotrzebna i jedyne, co tam robi, to pochłania naszą uwagę, czas i pieniądze. Pytanie brzmi: jak pozbyć się ich z głową?

czwartek, 2 sierpnia 2012

Pieczara

Krótko, zwięźle i na temat. :) Kupiłam banany po przecenie. Tanie jak barszcz, brzydkie jak noc, słodkie jak miód. Najlepsze banany jakie w życiu jadłam!

Już czaję się na następną bananową przecenę. I pieczarkową! Nie bez powodu pieczarkarze odkładają dla siebie najbardziej rozwinięte osobniki i wcinają je ze smakiem, podczas gdy my, biedni biedronkowicze... ehh. :)

Linkuję przepis na chlebek bananowy.  Robi się go w 5 minut, brudząc dokładnie jedną miskę, jedną szklankę, jedną łyżkę i nóż (dorzucam posiekane orzechy włoskie). Jest pyszny. :)

środa, 25 lipca 2012

Nuuudy!

Waaakaaacje! Wreszcie! 10 miesięcy czekania na ten upragniony czas, 10 miesięcy siedzenia w ławce i odliczania dni. Nareszcie są! Oto nadeszły te długo wyczekiwane chwile i masz 24h dziennie do własnej dyspozycji. Możesz zrobić z nimi co tylko zechcesz! Nikt nie organizuje ci czasu po swojemu, wszystko w twoich rękach! :) 1488 godzin, w czasie których możesz sięgnąć po swoje marzenia, rozwijać pasje, spędzać czas z bliskimi, poznawać ludzi, imprezować, medytować i robić wszystko, co tylko ci się zamarzy!

Dlaczego od września do czerwca widzę dzieciaki, które prawie skaczą z radości na samą myśl o wakacjach, a przez lipiec i sierpień słyszę takie rozmowy:

"- nudy w wakacje, cn.?
- no -,- miesiąc przesiedziałam na kompie ;/"


Często rozmawiam z ludźmi z podstawówki. Obecnie dużo bardziej niż kiedyś wyłazi z nich postawa roszczeniowa. Wszystko im się należy, "inni" powinni zadbać o to, żeby sensownie spędzili czas. "Nudy w te wakacje, co nie?" - pytają, jakby wakacyjny czas był odgórnie zaplanowany, dla wszystkich tak samo, a jego organizator dał plamę. Zupełnie nie widzą tego, że to oni decydują jak będą wyglądały ich wakacje. Że to oni dają plamę!

Nikt nie zmusza nikogo, żeby siedział cały dzień na facebook'u, tak jak nikt nie zmusza nikogo, żeby malował obrazy. To tak oczywiste, że aż głupio mi o tym pisać. A jednak masa dzieciaków nie ma pojęcia (!) co może robić w czasie wakacji, jaki potencjał w sobie kryje i ile warte są te godziny przesiedziane przed komputerem. 

Nie ma pojęcia? Przecież małe szkraby nigdy się nie nudzą! W każdej sytuacji znajdują pole do zabawy, a ich pomysłowość nie zna granic. Gdzie, do jasnej ciasnej, po szóstym roku życia gubi się ta kreatywność? Co dzieje się z niepohamowaną wyobraźnią? Czy przypadkiem ktoś jej nie... hamuje?

Nie jestem ekspertem w żadnej dziedzinie. Na pewno nie jestem nim też w dziedzinie szkolnictwa, ale nie trzeba być ekspertem, żeby winę za morderstwo z zimną krwią popełnione na kreatywności dzieciaków przypisać w dużej mierze polskiej szkole. Jeśli nie ona jest inicjatorem tej zbrodni, to niewątpliwie jest jednym ze wspólników.

To w szkolnych budynkach w imię porządku, bezpieczeństwa i tradycji podcina się skrzydła tym, którzy poszukują nowych rozwiązań, uznając "jedyne słuszne" za zbyt banalne, nie zgadzają się na przeciętność, są dociekliwi, zadają trudne pytania i... jednym słowem: za bardzo się wychylają.

W ramach zadośćuczynienia powinno się chociaż organizować w okresie przedwakacyjnym zajęcia z radzenia sobie z wolnym czasem. :P Mówię poważnie. A że nie lubię gadania dla samego gadania, to pomysł wprowadzenia takich zajęć w życie już kiełkuje w mojej głowie.

No dobra, dzieciaki dzieciakami, ale ani z młodzieżą, ani z dorosłymi nie jest wcale dużo lepiej. Sama przyłapuję się czasem na bezcelowym włóczeniu się po domu. Wyglądam wtedy jak zombie. :) Wy też tak wyglądacie, kiedy kolejny raz w ciągu wolnego dnia pokonujecie trasę telewizor - lodówka - komputer - łóżko.
"My też chodziliśmy do szkoły!" - można krzyknąć. Pewnie, może nawet nadal chodzicie. Ale szkoła może być przyczyną - nie usprawiedliwieniem. I o ile ciężko wymagać samoświadomości i aktywności od ośmiolatka, to od osiemnastolatka jak najbardziej powinno się tego wymagać.

Ktoś nas skrzywdził, ktoś nas czegoś pozbawił, ktoś coś przed nami ukrył. Teraz naszym zadaniem jest uporanie się z emocjami, odzyskanie tego, co straciliśmy i odkrycie ukrytych rzeczy. To jest postawa aktywna. Oczywiście możemy też do końca życia rozdrapywać rany, użalać się nad sobą i szukać usprawiedliwień dla swojego nieróbstwa. Albo dla wakacyjnej nudy. To jest postawa bierna. :)

 "This is your life and today is all you've got now."

To, co mnie najbardziej zastanawia, to pytanie dlaczego wszyscy, którzy nudzą się w wakacje, nadal wyczekują ich przez 10 miesięcy nauki w szkole. Czyżby szkolnictwo w obecnej formie było jeszcze gorsze niż nuda? ;)


sobota, 21 lipca 2012

Wścieklizna.

Oto jest dzień, w którym się wściekłam. Na ludzi, którzy udają, że cię nie słyszą. Na ludzi, którzy udają, że im zależy i na ludzi, którzy już nawet nie udają, że im zależy.

Wściekłam się na dobre. Nareszcie. W najlepszym możliwym momencie.

I zamiast trwać w roli ofiary, na którą cały świat się uwziął i dlatego nic nie może jej wyjść, stawiam się w roli jedynej osoby, która może coś zmienić. Ta zmiana w nastawieniu + przestawienie się ze zwymyślania innych i użalania się nad sobą na bohatera, który mimo przeciwności ma całej sytuacji zaradzić, wywołała taki wybuch mocy twórczych, determinacji, kreatywności i odwagi, jakich już dawno u siebie nie widziałam. Wściekłość to świetna sprawa, kiedy dobrze się nią pokieruje!

Zwalając winę za swoje niepowodzenia na innych, oddaję swoje życie w ich ręce. Uzależniam się od nich. A przecież nie chcę, żeby reżyserem mojego życia był ktoś, komu nie zależy na jego jakości. Zrywam więc tę owrzodzoną pępowinę i biorę sprawy w swoje łapy.

Wściekłam się! Zrobię to, czego chcę. Zrobię co do mnie należy i zrobię to w pokazowym stylu. Bez pomocy tych, którzy mają gdzieś "nasze wspólne sprawy" i bez błagania o odrobinę zainteresowania tym, co powinno być dla wszystkich cenne. Świetnie czuję się z tym, że już na wstępie wiem komu przypiszę sukces. Albo porażkę.